Pamiętam jak dziś:
idę plażą, jest wieczór, sączę piwo z sokiem. Ostatni łyk, wyrzucam kubek do kosza, wchodzę schodkami na małą wydmę. Otrzepuję stopy z piasku, otwieram furtkę, idę w stronę domu. Przy stolikach siedzą pozostali, odwracam się i znów spoglądam na plażę – słońce już zaszło, niebo granatowieje. Robi się chłodniej, jest sierpień, wieczory były wtedy zupełnie inne, niż te lipcowe. Wchodzę do domku, zapalam światło, kładę się na moim łóżku, opieram głowę o splecione pod nią ręce i patrzę.
Na ścianie cudownie niebieskie niebo, spokojnie morze, łagodne fale. W tle wyspa, na pierwszym planie biało-kremowy zamek z wieżyczką, na skale. Po morzu mknie motorówka, właściwie jedyny dynamiczny element na plakacie. Zastanawiam się, co to za miejsce. Zamykam oczy i czuję, jakbym tam była.
Mija kilka lat, trafiam na tę samą fotografię. Krym. Jaskółcze gniazdo. To marzenie spełni się już niebawem. Jeszcze tylko kilka miesięcy.